"(...) Dla Strażnicy - Towarzystwa Biblijnego i Traktatowego poświęciliśmy całe życie. W latch 80. oddaliśmy nawet część naszej działki na potrzeby związku. (...) Dziś się już nikt nami nie interesuje, nie przyjdzie, nie zapyta, jak się żona czuje, czy czegoś nam nie potrzeba"

źródlo:

Fragment zamieszczonego obok artykułu z Tygodnika Skarżyskiego



Kobieta skazana na śmierć w domu

Pan Kazimierz jest bezradny w obliczu choroby żony. Ma poczucie, że nie może na nikogo liczyć w tej sytuacjiPan Kazimierz jest bezradny w obliczu choroby żony. Ma poczucie, że nie może na nikogo liczyć w tej sytuacjiMogą liczyć tylko na siebie, bo mają tylko siebie. Wiesława i Kazimierz Cymerys, małżeństwo z ponad 50-letnim stażem, nie raz doświadczani przez los, czują się bezradni nie tylko wobec choroby. Zawiedli się na ludziach, którym ufali i przez lata pokładali nadzieje...


Państwo Cymerys od lat mieszkają w Skarżysku-Kamiennej, gdzie osiedlili się na początku lat 70. Pan Kazimierz, głowa rodziny, przez całe życie pracował. Jego żona Wiesława niestety, od dziecka wątłego zdrowia, nigdy nie była zdolna do pracy zawodowej. Dzieci nie mają, szczęśliwie jednak doczekali wspólnej jesieni życia - przykrej - jak ocenia pan Kazimierz.

Zabija od środka

- Żona ma 77 lat. Jest po trzech udarach i sam się tak muszę z tym wszystkim mordować - ubolewa 79-letni mężczyzna. - Sława nigdy nie miała zdrowia. Wychowana przez rodziców, podobnie jak ja, przeżyła lata okupacji. Była świadkiem okrutnego traktowania jej ojca, który był bity i poniżany z powodu wyznania. Odbiło się to piętnem na jej zdrowiu. Nigdy nie była zdolna do pracy, dlatego nigdy nie pracowała. Potem przyszły lata komunizmu, to dodatkowo odbiło się na jej zdrowiu. Stres ją wykończył. Zawsze była uczuciowa, emocjonalnie podchodziła do życia i dziś leży w łóżku zdana wyłącznie na mnie. Nikt nie bierze pod uwagę, że stres jest groszy niż cokolwiek inne. To grosze niż wbić komuś nóż w plecy. To zabija od środka wszystko naraz.

Bezradność

Czuje się kompletnie bezradny wobec choroby żony. Kobieta wyszła właśnie ze szpitala po czterech miesiącach pobytu na oddziale urologii. Jest kompletnie niezdolna do samodzielnej egzystencji. Trzeba przy niej zrobić wszystko: nakarmić, przebrać, umyć itd. W dodatku leczenie jest bardzo długotrwałe i kosztowne.

- Sam się nią zajmuję, chociaż mi nie wolno. Mam swoje lata i też jestem inwalidą pierwszej grupy (po dwóch udarach). Nie daję rady. Mamy przydzieloną opiekunkę z opieki społecznej. Panie przychodzą dwa razy dziennie po godzinie. Pomagają jak mogą, ale na resztę dnia zostaję sam. Starałem się o umieszczenie żony w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym, ale odmówiono, argumentując, że "nie ma lat pracy". A przecież ona od dziecka była chora, nie mogła podjąć pracy, bo się nie nadawała. Jak miała pracować? W 2007 roku sądownie wystarałem się o grupę inwalidzką dla żony. Ma orzeczoną I grupę - całkowicie niezdolna do pracy. Teraz w MOPS-ie staram się o przyznanie jej renty socjalnej (w tej chwili jedyne pieniądze, jakie ma pani Wiesława to 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego). Na podstawie tego na dostać skierowanie do ZOL. Ale nie wiadomo kiedy to będzie. A ona umiera w domu, na moich oczach - mówi bezradnie mężczyzna.

Zawiedzione zaufanie

Bezradność wobec choroby to jedno, dla pana Kazimierz znacznie gorszy jest brak oparcia w ludziach. Jak mówi zawiódł się na tych, w których przez lata pokładał nadzieję.

- Oboje z żoną, tak jak nasi rodzice, od urodzenia należymy do Związku Wyznania Świadków Jehowy w Polsce. To całe nasze życie. Poświęciliśmy je dla Strażnicy - Towarzystwa Biblijnego i Traktatowego. W latach 80. oddaliśmy nawet część naszej działki na potrzeby związku. Dosłownie przez płot z nami pobudowana została Sala Królestwa, gdzie co tydzień spotykają się nasi bracia i siostry. Dopóki byliśmy młodzi i angażowaliśmy się, było wszystko w porządku. Dziś już nikt się nami nie interesuje, nie przyjdzie, nie zapyta, jak się żona czuje, czy czegoś nam nie potrzeba. Czuję się z tego powodu ogromnie zawiedziony. Gdzie miłość braterska, którą wyznajemy? Jako starzy ludzie potrzebujemy od nich pomocy, ale niestety nie możemy na nią liczyć. Dlaczego w ostatnim okresie naszego życia spotyka nas tyle przykrości? Czym zasłużyliśmy sobie na takie traktowanie?

W poczuciu bezduszności pan Kazimierz wysyłał już kilka pism do Oddziału Towarzystwa w Nadarzynie z prośbą o pomoc. Niestety bez odzewu. O pomoc wystąpił do Rzecznika Praw Obywatelskich. Do Ministerstwa Sprawiedliwości wystąpił o przydzielenie mu prawnika, który pomógłby mu odzyskać działkę, przekazaną w użyczenie Strażnicy.

- Wiem, że istnieje możliwość cofnięcia darowizny, wskutek jawnej niewdzięczności obdarowanego. Pieniądze chcę przeznaczyć na leczenie żony, bo sam nie dam rady zapewnić jej opieki - zapowiada smutno Kazimierz.

Starachowice: www.tygodnik.net.pl


MUSZĘ SOBIE JAKOŚ RADZIĆ

Starachowice: tygodnik.net.pl

 

Podziel się na mediach społecznościowych